Reklamy i reklamacje

sobota, 20 kwietnia 2013

Polki już wkrótce zadać będą mogły iście europejskiego szyku. W Warszawie swój pierwszy butik w kraju otwiera ekskluzywna marka Louis Vuitton znana z superdrogich torebek. Na razie przed domem towarowym, w którym uruchomiony będzie sklep LV, stanęła gigantyczna konstrukcja reklamowa. Niezgodna wprawdzie z prawem, ale ze względu na „wyjątkowe okoliczności” dopuszczona przez miejskich urzędników.

 

Fot.: PAP/Bartłomiej Zborowski

Wielki kufer podróżny z logami LV ustawiono przed vitkAC-em na Al. Jerozolimskich. Reklama jest wielka jak dom: ma niemal 10 metrów wysokości i prawie 30 długości. Co więcej, zajmuje część pasa ruchu, zgodę na jej wzniesienie musiał więc wyrazić Zarząd Dróg Miejskich. Szczególnie ciekawe są wyjaśnienia, które rzeczniczka ZDM, Karolina Gałecka, przedstawiła „Gazecie Wyborczej”: - Zwyczajowo nie wydajemy zgody na zajęcie pasa drogowego pod reklamę. Tutaj okoliczności były wyjątkowe.

Wyjątkowość polegała na tym, że LV podobne kampanie prowadzi w całej Europie Wschodniej i nigdzie nie ma problemów. - Bylibyśmy jedynym krajem, który nie wyraziłby zgody na taką reklamę – rozczulająco wyjaśniła pani Gałecka.

Louis Vuitton chlubi się przeszło 150-letnią tradycją. Najmniejsze jego kopertówki kosztują  ok. 2000 zł, a wśród droższych torebek są i takie, których cena przekracza 15 tys. złotych. Sklep w Warszawie ma być otwarty dopiero pod koniec czerwca, na razie spragnione zakupu panie mogą się co najwyżej zapisać na społeczną listę kolejkową.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Podsumowanie fuzji telewizji "n" i Cyfry + by Antygencja. Gdzie dwóch się łączy, tam trzeci korzysta?

.

niedziela, 14 kwietnia 2013

W kioskach pojawiły się nowe papierosy. Niedrogie, niesmaczne i potencjalnie… nielegalne. Marka Che chce podbić polski rynek zaskakującym wyróżnikiem. Chwali się mianowicie, że ma „tytoń bez dodatków”. Nawet kioskarki mówią, że to „zdrowe” papierosy!

Che Guevara, choć dawno nie żyje, ciągle funkcjonuje jako ikona popkultury. Szczególnie w postaci znanej ze zdjęcia Alberto Cordy. Wizerunek tego najbardziej bodaj romantycznego antykapitalisty wielokrotnie w historii wykorzystywany był przez kapitalistów w reklamie. Przywoływały go perfumy, pizzerie, marki samochodowe czy media. W Polsce też, bo choć wszelka lewicowość bywa tu tępiona i piętnowana, reklama żywi się kontrowersją. A męski macho z Argentyny rodem przez wielu rozpoznawy jest nie jako polityk, lecz symbol na miarę Presleya czy Madonny.

Po raz pierwszy jednak w kraju nad Wisłą pojawia się produkt sygnowany nazwą Che i oznakowany jego podobizną. Co więcej, jest to produkt z Węgier, które za sprawą rządów Orbana kojarzą się raczej z obiektem westchnień polskiej prawicy. Ciekawe, czy u nas będą protestować przeciwko „zbrodniarzowi na opakowaniu” i pozywać producenta, by wycofał towar, „propagujący systemy totalitarne”.

Jedno wszakże jest pewne – żaden zdeklarowany prawicowiec papierosów Che nie kupi. A to oznacza, że marketingowcy zwęszyli niszę. Albo nawet z ich badań wyszło im, że lewica znów staje się modna. I to do tego stopnia, że grono konsumentów miałoby rosnąć. Choć sam Guevara papierosów przecież nie palił, lecz cygara.

wtorek, 09 kwietnia 2013

W Stanach Zjednoczonych trwa kampania na rzecz przymusowego brandowania... polityków. Jej autorzy argumentują, że choć kongresmani i senatorzy są powszechnie wspierani finansowo przez wielkie korporacje, wyborcy nie wiedzą, kto i jakie datki przekazuje "wybrańcom" narodu. A od tego zależeć mogą ich decyzje i zachowania. Stąd postulat, by w czytelny sposób znakować polityków symbolami firmowymi.

 

Zdaniem pomysłodawców inicjatywy parlamentarzyści powinni nosić markowe znaki podczas swych wystąpień publicznych i oficjalnych wizyt. Rozmiar logo i jego lokalizacja zależeć miałyby od wysokości otrzymanej dotacji - np. za 1 mln USD obowiązkowy byłby banerek na piersi o wymiarach 4 na 8 cali, a obiad na koszt lobbysty byłby uwzględniony na przypince. Pomysłodawcy proponują, by z obowiązku oznaczania zwolnione były datki osób prywatnych o wysokości nieprzekraczającej 1000 USD.

W internecie trwa zbiórka podpisów pod stosowną petycją. Do tej pory podpisało się pod nią 34 tysiące osób. By projekt trafił do Białego Domu, wnioskodawcy muszą do 19 kwietnia  zebrać dla niego 100 tys. głosów poparcia.

sobota, 06 kwietnia 2013

W kiełkującym polskim kapitalizmie do dobrego tonu nazewniczego należało wizerunkowe potęgowanie. Z jednej strony wszechobecne były poprzedzające nazwę skróty, wskazujące wszechstronność działalności. W tym najbardziej popularny PPHU, czyli Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowo-Usługowe. Z drugiej - międzynarodowy rozmach najłatwiej było zasugerować dopiskiem "Export - Import".

Centralnie - same nazwy swobodnie mieszały ojczysty żywioł językowy z angielskimi naleciałościami - jak np. znany z "Czterdziestolatka 20 lat później" Władek Market Second Hand. W porywach można było więc zobaczyć twory równie barokowe jak owe fikcyjne Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowo-Usługowe Władek Market Secnd Hand Export-Import, które nawet skrótem mogło imponować. PPHU WMSH E-I to (by) było coś!

Szczytem kunsztu copywriterskiego pozostały nazwy przedsiębiorstw do dziś brylujących w rodzimej gospodarce. Najlepsze z nich anglicyzmy i patriotyzm konsumencki potrafiły pogodzić w jednym słowie, np. Mięs-Pol, Drutex, Gniotpol czy Conhpol (od Konopka Henryk!).

 

       

    

 

Pryszczaci kreatywni z iPhonami w kieszeniach i ustami pełnymi social mediów, konwergencji kanałów i nowego e-marketingu,  niesłusznie nabijają się z tych nazw. Podczas gdy  powinni raczej uznać wielkość i trwałość stojących za nimi marek.

Wszak to one lepiej niż różne Super-Duper Interactive'y czy Go4MoreSociale udowadniają słuszność marketingowego frazesu o konieczności "długofalowego prowadzenia spójnej komunikacji"!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42